Ogłoszenia sprzedaż samochodu
Zbigniew Kalinowski

Ścigacz jest jak narkotyk

Data publikacji: 2010-04-26

Na treningu przed pierwszym w życiu wyścigiem upadł i skręcił kostkę. Dzień później znowu leżał. W swoim debiucie pomimo bólu pokazał jednak innym, jak się jeździ. Stanął na podium...

Ze Zbigniewem Kalinowskim, zawodnikiem WILMAT Racing Team, zdobywcą drugiego miejsca w Suzuki GSX-R Cup w klasie pow. 600ccm w sezonie 2009 o początkach motorowej pasji, skokach adrenaliny, wyścigach motocyklowych i bezpieczeństwie na drogach rozmawia Tomasz Niejadlik.

Co ci daje motocykl?
Na pewno dużo radości w życiu, poczucie oderwania się choć na moment od szarej rzeczywistości, wolność i skoki adrenaliny. Przy czym to właśnie chyba adrenalina jest tu na pierwszym miejscu. Ta jazda wciąga jak narkotyk.

Skąd to wszystko wzięło się w twoim życiu? Motocykl to jakaś rodzinna tradycja?
Nie. Zaczęło się jeszcze w podstawówce. Trzymałem się z kolegą, któremu ojciec załatwił skądś stary motorower. O ile dobrze pamiętam, była to Jawa 50 skuter. Sprzęt ten na początku nie był na chodzie, więc godzinami siedzieliśmy w piwnicy i dłubaliśmy przy nim.

Mieliście już wtedy jakieś pojęcie o mechanice?
Nie, ani trochę. Na tej Jawce wszystkiego uczyliśmy się od podstaw.

I nikt wam nie pomagał?
Praktycznie nie. I właśnie to jest w tym wszystkim najlepsze. Sami do tej wiedzy dochodziliśmy krok po kroku. Czasami kogoś odrobinę podsłuchaliśmy, poczytaliśmy trochę i tyle. W tamtym czasie w zasadzie nie było warsztatów specjalizujących się w motocyklach. Nieco później powstał warsztat na ul. Lubej, prowadzony przez Roberta Murawskiego. Jak do niego zaglądaliśmy, to Robert czasami coś podpowiedział. Tak ogólnie tą małą Jawę więcej robiliśmy, niż na niej jeździliśmy. Potem przyszedł dla nas czas kolejnej Jawki.

Mój pierwszy całkowicie własny motorower to czechosłowacki trzybiegowy Ogar 200. Po pół roku od zakupu został sprzedany i wspólnie ze wspominanym wcześniej kolegą, Łukaszem Milczkiem, kupiliśmy WSK-kę 4. No, to już był prawdziwy motocykl, choć też musieliśmy podłubać przy nim, żeby zaczął nadawać się dojazdy. Miałem wtedy bodajże szesnaście lat. Kiedyś sami porządnie wycentrowaliśmy wał do niej. Zaimponowaliśmy w ten sposób wspomnianemu Robertowi Murawskiemu, który dzięki temu zaproponował mi, żebym czasami pomagał mu w pracy. Zaglądałem do niego po lekcjach. Niekiedy parę groszy zarobiłem. W międzyczasie wspólnie z Łukaszem kupiliśmy MZ-tę 150.

Po niej przyszedł już czas "japończyków"?
Tak. Robert pożyczył mi trochę pieniędzy i kupiłem Suzuki GS 500. Byłem wtedy osiemnastolatkiem. Ten motocykl okazał się kapitalnym rozwiązaniem pod kątem dalszej nauki jazdy. Stosunkowo nieduży, o umiarkowanej mocy 45 koni mechanicznych, z prędkością maksymalną sięgającą około 170 km/h. Był stosunkowo lekki, poręczny, było na czym się uczyć. Przeszedł kilka remontów silnika, bo nie miał ze mną lekko. Po dwóch latach od kupna trafił w inne ręce. Nabyłem wtedy Hondę CBR 600 z 1997 roku. Ze względu na ograniczone fundusze kupiłem ją uszkodzoną, znowu więc przyszło mi dłubać przez całą zimę. Motocykli w mieście w tamtym czasie zaczęło dynamicznie przybywać. Poznałem paru chłopaków, zaczęliśmy regularnie spotykać się, żeby pojeździć i jakoś tak to wszystko się potoczyło.

Suzuki Wilmat Zbyszek KalinowskiKiedy zaczął się sport?
Na początku były to nielegale np. sprint na Polnej. Jeden z kolegów, Darek Małkiewicz, ścigał się wówczas w mistrzostwach Polski i pewnego razu zaproponował mi zawody z prawdziwego zdarzenia. Mówił wtedy do mnie: "Naprawdę dobrze jeździsz, ładnie się kładziesz w zakręty, nie masz takich hamulców jak inni, które by cię ograniczały. Powinieneś spróbować". Sam zapisał mnie na ostatnią eliminację mistrzostw Polski sezonu 2005. Zadzwonił do mnie i od razu wypalił: "Jedziesz ze mną na zawody. Start za tydzień". Miałem wtedy wspominaną CBR 600. Pościągałem lampy, owiewkę pomalowałem sprayem na czarno i to wszystko.

Honda nie przeszła jakiś modyfikacji technicznych przed zawodami?
Nie. Tuż przed samymi zawodami nie, choć wcześniej silnik faktycznie poddawany był pewnym modyfikacjom. Mam tu na myśli np. splanowanie głowicy, co zwiększyło stopień sprężania, polerkę kanałów dolotowych i do tego wszystkiego zmiany w układzie wydechowym. Dzięki temu moc motocykla zauważalnie się podniosła.

Jednak do pierwszych poważnych zawodów w życiu podszedłeś właściwie "z marszu"...
Dokładnie tak.

Bardzo zabolało? Było porządne lanie?
Na jednym z pierwszych treningów przed zawodami, tuż po wyprzedzeniu pewnego gościa po zewnętrznej lewego zakrętu, nie zdążyłem złożyć się w prawy łuk i wyleciałem poza tor. Uderzyłem w bandę. Motocykl zbyt mocno nie ucierpiał, lecz ja podczas tego zdarzenia skręciłem sobie kostkę. Na początku tego nie czułem. Hondę w padoku naprawiliśmy w piętnaście minut. Nieco później próbuję wstać z krzesła i widzę, że nie za bardzo mogę ruszać nogą. Pojawiła się opuchlizna, trafiłem do szpitala, gdzie sprawdzili, co mi się stało. Wyszedłem stamtąd, wziąłem siedem Apapów i poszedłem spać. Rano lekarz zaaplikował mi bardzo dużą strzykawkę jakiegoś dożylnego znieczulenia. Dzięki temu wystartowałem w sobotnich kwalifikacjach.

No i znowu to samo! Na moim najszybszym okrążeniu ponownie duża "patelnia" i znowu poleciałem. Po prostu uciekło przednie koło. Gdy zobaczyłem w jakim stanie był motocykl, to jednoznacznie stwierdziłem, że w tych zawodach więcej nie pojedzie.

Czyli było zapłacenie tak zwanego frycowego...
Oj, tak. Kosztowało mnie to naprawdę dużo - trochę zdrowia, ale przede wszystkim sporo pieniędzy. Po drugim upadku kolega spojrzał na mnie, zmasakrowany motocykl i mówi: "Znowu?". Po chwili przyprowadził jednak kupę swoich znajomych. Każdy przyniósł ze sobą jakiś śrubokręt lub klucz i znowu, ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, motocykl został naprawiony. W zawodach ostatecznie wystartowałem. W klasie Pretendent, będącej klasą dla amatorów, początkujących, ostatecznie dojechałem do mety jako trzeci na około 25 zawodników.

:-0 Oooo... Nieźle...
Tak, tym bardziej, że niektórzy z konkurentów jechali na takim sprzęcie jak np. GSX-R 1000. Te maszyny dysponowały mocą około 60 KM większą niż mój motocykl. Jak dojechałem na zawody, to wielu patrząc na moją Hondę, nie wiedziało w ogóle, co to jest. Pytali siebie nawzajem i dziwili się, że ktoś czymś takim przyjeżdża się ścigać.

Nic tylko pogratulować debiutu. To faktycznie był wynik. Kolejny sezon, kolejne starty?
No, właśnie nie. Zaraz po powrocie sprzedałem ten motocykl. Po prostu drogo mnie ta zabawa kosztowała i miałem go dosyć. Były jednak plany dalszych startów, miał być sponsoring, nowy motocykl... Niestety, nic z tego ostatecznie nie wyszło. A szkoda, bo gdyby stało się inaczej, dziś pewnie byłbym dużo dalej, niż jestem.

Później zacząłem pracę w Wilmacie. Dzięki firmie w ubiegłym roku nadarzyła się ponowna okazja do startów, właśnie w teamie nowego pracodawcy. Dostałem na tor Suzuki GSX-R 750, który wcześniej był u nas modelem demonstracyjnym. Przystosowaliśmy go do ścigania. W minionym sezonie barw WILMAT Racing Team reprezentował też mój kolega z pracy, Wojtek Turowski, który dawniej zdobywał tytuły mistrza i wicemistrza Polski w niższych klasach, bodajże 125 i 250ccm. On w minionym sezonie startował w mistrzostwach w klasie Rookie pow. 600ccm, a ja w pucharze. Wywalczyłem ostatecznie drugie miejsce w Suzuki GSX-R Cup 2009 pow. 600ccm.

W tym roku też przymierzam się do wyścigowych motocyklowych mistrzostw kraju. Wyniki były za dobre, okrążenia w moim wykonaniu zbyt szybkie, żebym w bieżącym sezonie mógł ponownie startować w tej samej klasie.

Te przepisy są tak skonstruowane?
Tak. Jeśli dalej chciałbym startować w pucharze Polski, to musiałbym wejść o klasę wyżej (1000ccm - przyp. red.). Ja jednak już teraz chciałbym spróbować swoich sił w klasach mistrzowskich. W tym roku zamierzam skoncentrować się na mistrzostwach Polski do 600ccm. Z jednej strony cieszę się z tego, bo wolę jeździć z lepszymi niż wygrywać ze słabszymi. To daje możliwości i motywację do dalszego postępu, do tego, aby własne umiejętności cały czas podciągać.

Będziesz więc teraz ścigał się nie tylko z zawodnikami jeżdżącymi Suzuki, ale również z ludźmi dosiadającymi maszyn innych marek.
Dokładnie tak. Jest to klasa otwarta.

Czyli zaczynasz poważnie bawić się w ściganie w wieku niemalże emerytalnym dla większości sportowców, mając obecnie 29 lat.
Można powiedzieć, że tak. Z dziesięć lat temu powinienem z tym wystartować, ale, jak to mówią: póki dryg jeszcze jest, to czemu nie?

Zbigniew Kalinowski Suzuki WilmatCzy jest jakiś taki najlepszy wiek, wskazany do rozpoczęcia ścigania się?
Ja chyba faktycznie zacząłem nieco zbyt późno, ale takiego konkretnie określonego wieku w przypadku motocykli raczej nie ma. Do tego po prostu trzeba dojrzeć i mieć przynajmniej troszeczkę poukładane w głowie.

Wiesz, bo np. w przypadku kartingu mówią, że im szybciej wsadzi się chłopca do tego wózka, tym lepiej.
Niby tak, ale tam są cztery koła, a tu dwa. Dodatkowo, takie motocykle bardzo dynamicznie przyspieszają. Nawet wśród dorosłych posiadaczy szybkich maszyn, nie brakuje tych, którzy nie są w stanie zrozumieć specyfiki tego typu pojazdów. Ktoś kupuje taką maszynę i dla niego liczy się głównie to, że ten sprzęt ekspresowo przyspiesza. Taki człowiek często nie weźmie pod uwagę tego, że drogi hamowania w przypadku tak dużych prędkości są naprawdę długie. Są przecież ludzie, którzy mając sporo pieniędzy, chcą popisać się prze znajomymi i jako pierwszy motocykl w życiu kupują "potwora" o pojemności 1000ccm i mocy 160-180 KM. Ścigacza trzeba naprawdę dobrze opanować, dlatego ja wychodzę z założenia, że na początek lepiej kupić coś mniejszego i na nim doskonalić swoją technikę. W tym przypadku łatwiej wychwycić specyfikę zachowania się motocykla na drodze.

To jest tak, jak ze skokami narciarskimi, prawda, gdzie technikę doskonali się głównie na małych skoczniach, bo tam łatwiej jest wyłapywać błędy i stopniowo, pomału je korygować?
Dokładnie tak. Powinno się stopniowo przechodzić coraz wyżej, a nie od razu zaczynać z wysokiego pułapu.

Jak widać, twoja kariera motocyklowa jest doskonałym potwierdzeniem tej tezy. Nie interesowały cię inne odmiany sportu motocyklowego, takie jak np. żużel, cross czy enduro.
Nie. Żużel to mnie w ogóle nigdy nie kręcił. Na meczu byłem tylko raz. Miało to miejsce bardzo dawno temu i od początku wiedziałem, że to nie dla mnie. Spojrzałem i pomyślałem sobie: "Co to za wyścig? Trwa tylko nieco ponad minutę, jeżdżą jedynie w lewą stronę i nie hamują". Co do crossu, to miałem w życiu jeden drobny epizod z tym związany. Kolega posiadał KTM-a 125. Żartowałem sobie z tej pojemności. On mówi do mnie: "Przyjedź! Zobaczysz, jak to potrafi zmęczyć". Spróbowałem i faktycznie strasznie zmęczył mnie ten motocykl. Porządnie skakał, ogólnie nie było źle, ale brakowało mi tej prędkości, możliwości kładzenia się w zakrętach, przycierania nawierzchni kolanem.

Na jakim poziomie są w tej chwili wyścigi motocyklowe w Polsce? Czy ten sport rozwija się w naszym kraju?
Szczerze mówiąc, coś zaczęło się dziać właśnie dzięki klasom pucharowym takim jak Honda Hornet czy dawniejszy puchar GS 500. My mamy wspomniane cykle Suzuki GSX-R Cup. Są to stosunkowo niewysokie koszta uczestnictwa w porównaniu do mistrzostw. Na dobrą sprawę, żeby móc spróbować smaku tego typu rywalizacji, niekiedy wystarcza seryjny motocykl z drobnymi modyfikacjami. Generalnie jednak w przypadku wyścigów motocyklowych finansowo nie jest lekko. Nie ma zbyt wielu możnych sponsorów, przez to nie ma zawodników. Dalej, brakuje znaczących relacji w mass-mediach, oglądalności, co z kolei przekłada się na brak wkładów finansowych. I w ten sposób koło się zamyka.

A tory? Jak to wygląda pod tym względem? Czy jest w ogóle w Polsce, gdzie się ścigać?
W grę w zasadzie wchodzi głównie Tor Poznań. Gdzieś w Internecie wyczytałem, że budują jakiś obiekt na Pomorzu, choć, prawdę mówiąc, nie wiem, jak daleko jest to posunięte.

Z Poznaniem jest o tyle dodatkowy problem, że wykorzystują go wszyscy - drifterzy, kartingowcy, motocykliści, pasjonaci samochodowej Amatorskiej Ligi Torowej...
Zgadza się. A pamiętajmy też, że nie ma się co oszukiwać: to jest stary tor, który faktycznie przeszedł pewne modyfikacje, ale daleko mu do ideału, zachodnie standardy są zdecydowanie wyższe. W tym roku mamy też zaplanowane rundy w Modlinie, Moście i Brnie.

Te dwie ostatnie lokalizacje to Czechy. Tam porządnych obiektów jest chyba więcej.
Tak... Zdecydowanie tak.

Czyli możemy jednoznacznie stwierdzić, że brak torów z prawdziwego zdarzenia też hamuje rozwój tego sportu.
Jestem przekonany, że gdybyśmy w kraju mieli ze trzy tory, takie jak w Poznaniu, to byłby one też prawie bez przerwy zajęte.

Zbigniew Kalinowski Suzuki WilmatCzy sport samochodowy w amatorskim wydaniu jest tańszy od tych nawet najniższych szczebli wyścigów motocyklowych?
Wydaje mi się, że tak. W przypadku motocykli te koszta są naprawdę niebagatelnie wysokie jak na zwykłą polską kieszeń. Mam tu na myśli choćby akcesoria tuningowe czy ogumienie. Komplet opon starcza w zasadzie na zaledwie jeden wyścig.

Możemy mieć jakąś iskierkę nadziei na to, że doczekamy się takiego polskiego Valentino Rossiego? W Formule 1 mamy już Roberta Kubicę, a mówi się o widokach na jego następców w niedalekiej przyszłości.
Z tego co słyszałem, to jest jakiś Polak, który dostał kiedyś okazję do ścigania się w mistrzostwach świata, ale odmówił. Przypuszczam, że po prostu nie chciał dojeżdżać do mety jako ostatni. W MŚ poziom jest naprawdę bardzo wysoki. Żeby zaistnieć potrzebne są zarówno umiejętności, jak i wielkie pieniądze. Aby w polskiego kierowcę ktoś mocno zainwestował, to musiałby on naprawdę dużo pokazać. A bez odpowiedniego sprzętu jest to niezwykle trudne. W ten sposób znowu wracamy do punktu wyjścia. Utalentowanych zawodników u nas nie brakuje, ale brak funduszy jest problemem trudnym do przeskoczenia.

Czyli może być bardzo trudno o to, żeby ktoś z Polski szerzej zaistniał na arenie międzynarodowej. Wygląda na to, że polskiemu kierowcy łatwiej dostać się do grona zawodników F1 niż MotoGP.
Dokładnie tak, niestety tak jest.

A czy tacy faceci jak Kenny Foray czy Gwen Giabbani (aktualni mistrzowie Polski w wyścigach motocyklowych - przyp. red.) powodują, że ten sport w naszym kraju rozwija się, czy może wprost przeciwnie - ich obecność zabija tą dyscyplinę u nas? Czy to dobrze, że tytuły mistrzowskie w najważniejszych klasach zdobyli ostatnio wyłącznie obcokrajowcy?
Z jednej strony dobre, bo przyjeżdżają do nas naprawdę klasowi zawodnicy, którzy pokazują, że na naszych torach da się jeździć jeszcze szybciej, poprawiać rekordowe czasy, stale piąć się w górę...

Dla najlepszych Polaków jest się z kim ścigać. Przeciwnicy są naprawdę klasowi.
O, tak. Jest się z kim ścigać... Oni dają nam motywację do tego, żeby cały czas starać się dawać z siebie więcej. Z drugiej jednak strony, tytuły mistrzów naszego kraju powinni zdobywać Polacy.

No, właśnie. Sam wspomniałeś, że o problemach dotyczących sponsoringu. Duża część sponsorów z pewnością wolałaby pieniądze inwestować w rodaków, bo z nimi bardziej mogą identyfikować się kibice. Dodatkowo, ludzie mieszkający w Polsce, są bardziej dostępni poza torem dla swoich darczyńców (akcje, eventy), niż goście, którzy wpadają tu tylko od czasu do czasu na weekend.
To prawda. To taki miecz obusieczny, choć trzeba uczciwie powiedzieć, że w minionym sezonie dzięki zawodnikom zagranicznym nasza krajowa czołówka faktycznie znacząco poprawiła swoje czasy.

Wspominaliśmy tu już parę razy o Wilmacie. Jak firma pomaga ci w startach, przygotowaniach do sezonu?
Można powiedzieć, że jako zawodnik mam ze strony Wilmatu zapewnione wszystko, czego mi obecnie potrzeba. Dzięki firmie mam między innymi motocykl, ubiór, wszystkie potrzebne akcesoria. Ode mnie wymaga się przede wszystkim żebym jeździł i najlepiej nie przewracał się.

A gdyby to, odpukać (!), jednak się zdarzyło, mocno ucierpiał motocykl, dalej możesz liczyć na pełne wsparcie teamu?
Myślę, że tak. W tym roku już zapowiedziałem, że skoro jeździ się w mistrzostwach Polski, to czasy muszą być jeszcze lepsze, trzeba dużo mocniej cisnąć, prędkości będą większe. Dlatego musimy liczyć się z jakimiś możliwymi uślizgami. Szefostwo też już to zakłada, dlatego stopniowo magazynujemy części zamienne, tak, żeby w razie potrzeby, to wszystko było na miejscu.

Zbigniew Kalinowski SuzukiJakie predyspozycje musi mieć materiał na dobrego zawodnika, ścigającego się w tym sporcie?
Na pewno odwaga, na swój sposób brak wewnętrznych hamulców, które mają chronić nas przed ryzykiem. Trzeba zawsze brać pod uwagę możliwość upadku. Jak to mówią: upadać też trzeba umieć. Do tego refleks. Podstawą jest również wewnętrzna predyspozycja do czucia motocykla. To jest wrodzone.

A jeśli chodzi o tzw. czystą siłę fizyczną?
W minionym sezonie podczas każdego pucharowego wyścigu przejeżdżałem każdorazowo około 45 kilometrów. Na początku jeździłem bardzo usztywniony, wszystkie mięśnie miałem mocno napięte, przez co do mety dojeżdżałem porządnie zmęczony i spocony. W drugiej połowie sezonu na motocykl siadałem już zdecydowanie bardziej wyluzowany. Dzięki temu ręce i niektóre inne części ciała chwilami wręcz odpoczywały na torze. Rzecz jasna, głównie na prostych.

Psychika niewątpliwie też jest ważna. Potrafisz maksymalnie wyłączyć się przez zawodami, skoncentrować wyłącznie na jeździe?
Mam żonę i dziecko, dlatego świadomość, że jest dla kogo żyć, bardzo mocno siedzi w głowie. Dlatego nie mogę jechać całkowicie na 100 procent, z bardzo dużym ryzykiem. Dawniej to byłoby możliwie. Obecnie udaje mi się jednak odpowiednio wyłączać na torze, koncentrować przede wszystkim na wyścigu. Te predyspozycje psychiczne też faktycznie są bardzo istotne.

Wspomnieliśmy już krótko o bezpieczeństwie w ruchu drogowym. Czy to, że na mocy nowej ustawy o kierujących pojazdami, bardzo młodzi kierowcy nie będą mogli bezpośrednio uzyskiwać uprawnień do prowadzenia mocnych motocykli, jest Twoim zdaniem dobrym rozwiązaniem?
Według mnie jest doskonałym rozwiązaniem. Ze względów bezpieczeństwa do mocniejszych maszyn powinno się dochodzić stopniowo, o czym już wspominałem, jeden szczebel po drugim. Naprawdę mało ludzi ma pojęcie o specyfice przyspieszeń i długości dróg hamowania. Tego typu ustawy zawsze będę popierał.

Powiedz szczerze, na ulicach miałeś jakieś wypadki, kolizje?
Raz mi się zdarzyło. Były to pierwsze cieplejsze dni po zimie. Założyłem wtedy torowe opony. Myślałem wówczas o sobie, że jestem niemalże Valentino Rossi, mogę w taki sposób jak on, składać się w zakrętach. No, i tak się złożyłem, że tylne koło się ślizgnęło i zaliczyłem wywrotkę. Na szczęście nic mi się nie stało. Było to w 2005 roku.

Czyli jeszcze przed pierwszymi prawdziwymi zawodami w życiu...
Tak, jeszcze przed pierwszymi zawodami.

Torowa rywalizacja w jakiś znaczący sposób wpłynęła na styl twojej jazdy po drogach?
Szczerze mówiąc, obecnie nie mam swojego prywatnego motocykla. Z dwóch względów. Po pierwsze nie mam czasu jeździć. Dwa: starty na torze dają mi taką możliwość wyładowania się, że nie czuję większej potrzeby jazdy po ulicach.

Czyli na co dzień jesteś wyłącznie "samochodziarzem"?
Dokładnie tak.

Co w związku z tym sądzisz, na temat szumnych haseł głoszonych przez niektórych motocyklistów, dotyczących np. kwestii rzekomego nie patrzenia w lusterka przez kierowców aut? Czy nie są to jakby sposoby szukania prostych usprawiedliwień dla swoich własnych przewinień?
Teraz, z perspektywy wielu lat inaczej patrzę na niektóre własne dawne "wyczyny". Pamiętam dziś, jak nieraz wyprzedzało się całe rzędy samochodów z lewej, z prawej strony, przy bardzo dużych prędkościach. Z wiekiem, gdy nabrało się doświadczenia, człowiek zaczął inaczej myśleć. Czasami mówię do siebie: "kurdę, nie daj Boże, gdyby ktoś wtedy zmuszony byłby nagle skręcić, czy coś w tym stylu".

Myślisz czasem o sobie: "kurczę, jaki człowiek był kiedyś głupi"?
Zdecydowanie tak, naprawdę tak. Dawniej nie brakowało mi wielu naprawdę podbramkowych sytuacji na drogach. Potem człowiek kładł się do łóżka, długo nie mógł zasnąć i myślał "co by było, gdyby...".

Powiedzmy sobie wyraźnie: na torze masz "sterylne" warunki; na ulicy pewnych rzeczy nigdy nie da się do końca przewidzieć.
Zgadzam się z tym stwierdzeniem. W końcu może brakować kawałka asfaltu, gdzieś pojawi się rozlany olej, naniesiony piach czy część oderwana od samochodu.

Czyli w tym miejscu powinniśmy zaapelować do motocyklistów, żeby nie narzekali w kółko na innych np. na drogowców czy kierowców aut, ale żeby sami też dbali o większe bezpieczeństwo na drogach. Trzeba sobie jednak wprost powiedzieć: jeżdżąc na ścigaczu bardzo trudno byłoby nie łamać przepisów.
Nie da się nie łamać. Taki motocykl już na pierwszym biegu często przekracza prędkość przewidzianą do jazdy po mieście. Jadąc 50 km/h, ma się wrażenie, jakby trzeba było zejść ze ścigacza i zacząć pchać ten motocykl.

Co ty, doświadczony kierowca, utytułowany zawodnik, radziłbyś innym, zwłaszcza początkującym motocyklistom?
Przede wszystkim jeździć z głową i brać poprawkę na innych uczestników ruchu. Zasada ograniczonego zaufania i zakładanie możliwych nieprzewidywalnych okoliczności na drogach, muszą obowiązywać każdego. Można być mistrzem świata, a niektórych rzeczy nie da się przewidzieć. Nawet jeśli wjeżdżam na zielonym świetle, to muszę uważać. Może ktoś właśnie zasłabł, może jedzie pijany itp.

A prędkości?
Jeśli droga naprawdę jest zupełnie pusta, ruchu praktycznie nie ma, to wiadomo, że każdy przyciśnie. Są tacy, którzy cisną nawet 300 km/h. To już jest przegięcie. Przy takich prędkościach zaczyna się poniekąd tylko gra komputerowa. Nie można odpowiednio skupić wzroku, ciężko oceniać odległości faktycznie dzielące nas od przeszkód np. od aut jadących przed nami. Są pewne granice, których przekraczać jednak się nie powinno.

Suzuki Wilmat
Chciałbyś, żeby twój syn też ścigał się na motocyklu?
Tak. Zdecydowanie tak.

A co na to żona? Nie będzie oponowała?
Sądzę, że nie. Ona jeździ ze mną na zawody, wspiera mnie, choć kiedyś sama przeszła poważny wypadek na motocyklu. Sporo lat minęło, zanim ponownie przełamała się i wsiadła na ścigacza.

Uff... Dobrnęliśmy do końca naszej rozmowy. Dziękujemy za wywiad, życzymy powodzenia. Do zobaczenia Zbyszku.
Do zobaczenia.

Zdjęcia: SUZUKI WILMAT

Autor: Tomasz Niejadlik

Komentarz do artykułu
Brak komentarzy.
Copyright © Fabryka Dobrych Pomysłów, 2009 - 2012r. O nas | Polityka prywatności | Reklama | Katalog firm | Partnerzy Nasze strony: Modelmania.pl | JazdaMiejska